Zdjęcie w portfolio to nie to samo co zdjęcie w reklamie

Zdjęcie wisi w moich realizacjach od dwóch lat. Klient je widział, nikt się nie skarżył, wygląda dobrze na dużym ekranie.

To nie znaczy, że wolno mi wstawić je do reklamy własnego produktu. Publikacja w portfolio i użycie w materiale sprzedażowym to dwie różne zgody, choć z zewnątrz wyglądają jak ten sam gest – pokazanie zdjęcia komuś innemu niż klient.

To nie jest porada prawna. To opis własnej praktyki i porządku, jaki zbudowałem sobie w dokumentach po tym, jak ten porządek raz zawiódł.

Umowa daje szeroką licencję, nie przenosi praw

Domyślny wariant umowy, jakiego używam przy zleceniach B2B, daje klientowi szerokie prawo do używania zdjęć w komunikacji własnej marki – strona internetowa, social media, raport roczny, materiały wewnętrzne. Nie przenosi na niego praw majątkowych do samych zdjęć.

Brzmi jak drobiazg prawny. W praktyce rozstrzyga, kto może pokazać materiał i gdzie. Klient dostaje komfort używania zdjęć u siebie. Ja zostaję z decyzją, gdzie pokazuję je u siebie – w portfolio, w ofercie, w rozmowie z kolejnym klientem.

Mylę to po swojej stronie równie łatwo jak klient po swojej. Zdjęcie z dawnego zlecenia zaczyna wyglądać jak „moje”, bo leży w moim archiwum. To wystarcza, żeby zapomnieć, że jego publikacja gdzie indziej ma osobne warunki.

Klient myli to samo, tylko w drugą stronę. Widzi zdjęcie w komunikacji swojej marki i zakłada, że skoro dostał pliki, to dostał też prawo pokazywać je gdziekolwiek, w dowolnym kontekście – łącznie z reklamą produktu, który sprzedaje. Umowa mówi co innego, tylko rzadko ktoś do niej wraca po podpisaniu.

Milczenie rejestru znaczy „niesprawdzone”, nie „wolno”

Trzymam tabelę realizacji z werdyktem: czy dana sesja ma zgodę na publikację, czy nie. Brak wiersza oznacza, że nikt jeszcze tego nie sprawdził. Nie że wolno cokolwiek zrobić.

To rozróżnienie jest osią całej sprawy. Pusta komórka i zakaz wyglądają identycznie w pośpiechu – obie nie mają przy nazwie realizacji żadnej informacji. Różnica jest w tym, co robię dalej. Przy pustym wierszu pytam, zanim cokolwiek pójdzie do publikacji. Przy zakazie nie robię nic, w żadnej formie, nawet bez nazwy klienta.

Zdarzyło mi się przygotować materiał do publikacji, zanim rejestr w ogóle miał wiersz dla tej realizacji. Nic nie poszło dalej wyłącznie dlatego, że ktoś sprawdził tabelę przed, a nie po fakcie.

To był moment, w którym zrozumiałem, że sam folder z materiałem nie jest dowodem na nic. Zdjęcia leżą gotowe, wyselekcjonowane, dobrze wyglądają na dużym ekranie – i żadna z tych rzeczy nie mówi, czy wolno je pokazać komukolwiek poza klientem.

Ten sam klient, dwa różne wyroki

Druga pułapka jest bardziej podstępna, bo dotyczy szukania po nazwie. Zgoda na publikację dotyczy konkretnej realizacji – konkretnego wydarzenia, konkretnej daty. Nie klienta jako całości.

Ten sam klient może mieć jedno wydarzenie z klauzulą portfolio w umowie i drugie, rok później, objęte pełnym zakazem udostępniania. Wyszukiwarka, która trafia po fragmencie nazwy folderu, znajdzie oba i pokaże jako „ten sam klient, pewnie ten sam werdykt”. To fałszywy trop.

Sprawdzam datę przy każdym trafieniu, nie tylko nazwę. Dwie realizacje tego samego klienta w tym samym roku potrafią mieć przeciwne werdykty, bo różniła je jedna klauzula w jednej z dwóch umów.

Reklama pokazuje więcej niż samo zdjęcie

W portfolio zdjęcie mówi: tu byłem, tak pracuję. W reklamie to samo zdjęcie zaczyna mówić coś jeszcze – że ludzie i marki w kadrze mają związek z tym, co sprzedaję.

Najłatwiej przeoczyć logo. Ścianka z brandingiem klienta, nazwa firmy na scenie, kod QR na roll-upie. W realizacjach to tło, które opisuje wydarzenie. W płatnej kampanii cudze logo przyciąga wzrok do tamtej marki i podsuwa odbiorcy, że ta marka stoi za moim produktem albo go poleca. Tego nikt mi nie obiecał. Dlatego do materiałów sprzedażowych wybieram kadry bez cudzego brandingu, a gdy go nie da się uniknąć, szukam innego zdjęcia.

Z ludźmi jest podobnie. Rozpoznawalny portret uczestnika konferencji w reklamie wygląda jak jego rekomendacja, choć on o niej nie wie. Bezpieczniej sięgać po kadry ogólne: sala z góry, ręce przy notatkach, sylwetki pod światło, detal sceny. Opowiadają o pracy równie dobrze i nikomu nie wkładają w usta słów, których nie powiedział.

To zasada ostrożności z mojej praktyki. Przepisów ten akapit nie rozstrzyga.

Cztery werdykty w jednej tabeli, wpisane od razu

Rejestr, który faktycznie u mnie działa, ma jeden wiersz na realizację i cztery możliwe werdykty: zgoda pełna z nazwą, zgoda bez nazwy i bez rozpoznawalnych twarzy, brak rozstrzygnięcia, zakaz w każdej formie. Wpisuję werdykt od razu po podpisaniu umowy – nie wtedy, gdy ktoś akurat szuka materiału do publikacji.

Ten moment jest tym, na którym najbardziej mi zależy. Wtedy dokument leży otwarty na biurku. Pół roku później już go tam nie ma.

To jest robota, której nikt nie widzi w gotowym portfolio. Widać ją dopiero wtedy, gdy zabrakło.

Aktualizacje newslettera

Wpisz swój adres e-mail poniżej i zapisz się do naszego newslettera