Klient pobrał zdjęcia w wersji na stronę i nie wiedział o tym

Galeria pokazała „pobrano w całości”. Jeden z klientów miał komplet zdjęć na koncie. Wszystkie w rozmiarze na stronę internetową.

Nikt nic nie zepsuł. Okno wyboru rozmiaru zrobiło dokładnie to, do czego służy – dało wybór. Klient wybrał raz i nigdy do niego nie wrócił.

Z mojej strony wygląda to na temat zamknięty. Panel mówi, że materiał został odebrany, więc nie ma powodu tam wracać.

Okno wyboru stoi po angielsku, a mniejszy rozmiar jest pierwszy

Galeria, z której korzystam, pyta o jakość pobieranych zdjęć w oknie podpisanym Choose a quality for photos:. Pierwsza pozycja to Web size, opisana jako wersja do mediów społecznościowych i maili. Druga to High-Res, opisana jako pełna rozdzielczość do druku – ale jej opis też wspomina o social mediach, więc granica między nimi nie jest ostra. Żadna opcja nie jest zaznaczona domyślnie.

Klient klika raz, w oknie języka, którego niekoniecznie zna na pamięć, i bierze pierwszą sensownie brzmiącą opcję. Rozmiar na stronę brzmi znajomo. Rozmiar do druku brzmi jak coś, czego może akurat nie potrzebować.

Cztery na dziesięć to nie wypadek jednego klienta

Sprawdziłem to na 10 galeriach. W 4 klient rzeczywiście pobrał pełną rozdzielczość. W pozostałych sześciu wziął wersję web – mimo że mój panel w każdym z tych przypadków pokazywał „pobrano w całości”. Ten napis mówi tylko, że coś zostało pobrane. Nic o rozmiarze plików.

4 na 10 nie jest wynikiem jednej pomyłki. To jest domyślne zachowanie w oknie, które samo w sobie nie stawia jasnej granicy między dwiema opcjami.

Problem wraca po pół roku, nie od razu przy odbiorze

Konsekwencja nie pojawia się przy odbiorze galerii. Zdjęcia w mniejszym rozmiarze wyglądają dobrze na ekranie telefonu, więc nikt niczego nie kwestionuje.

Wraca, gdy ktoś próbuje wydrukować jedno z nich w dużym formacie – roll-up, plakat, materiał targowy. Wtedy pretensja o jakość trafia do mnie, mimo że zdjęcie w pełnej rozdzielczości czekało cały czas w tej samej galerii. Nieodebrane, nie brakujące.

Tłumaczenie tego po fakcie jest trudniejsze niż wygląda. Klient nie pamięta okna wyboru sprzed pół roku, a ja nie mam jak udowodnić, że wina nie leży po mojej stronie – poza pokazaniem panelu, który akurat wtedy nikogo nie interesuje.

Termin ważności galerii to arytmetyka, nie uprzejmość

Galeria nie wisi w internecie bezterminowo. To nie jest gest dobrej woli w jedną albo drugą stronę – to limit miejsca na koncie, który trzeba dzielić między wszystkie aktywne zlecenia naraz.

Policzyłem to na 113 realizacjach i 229,6 GB materiału przy limicie 100 GB na zdjęcia. Przy 60 dniach szczyt zajętości dysku sięga 76 procent – zapas zostaje nawet w najgorszym miesiącu roku. Przy 90 dniach szczyt rośnie do 92 procent i przez 25 dni w roku nie zostaje już margines na duże zlecenie. Limit pęka dopiero przy 120 dniach, ale wtedy jest już za późno, żeby cokolwiek przełożyć.

60 dni od publikacji galerii, nie od samego wydarzenia. Między jednym a drugim jest zwykle kilka dni postprodukcji.

Mail z linkiem musi nazwać obie opcje po imieniu

Skoro okno wyboru nie rozstrzyga sprawy samo, musi to zrobić mail, który idzie razem z linkiem. Samo „zostawiam zdjęcia do druku i do internetu” nie wystarcza, bo klient i tak zobaczy angielskie etykiety w środku okna.

Piszę wprost, którą pozycję z okna wybrać do druku, a którą do social mediów – z nazwą, pod jaką stoi w panelu, nie z polskim tłumaczeniem obok niej. Jedno zdanie w mailu kosztuje mnie kilkanaście sekund. Tłumaczenie po fakcie, dlaczego wydruk wygląda gorzej niż oczekiwano, kosztuje znacznie więcej.

Sprawdzenie, którą wersję pobrał ostatni klient, zajmuje jedno kliknięcie w panelu galerii. Zrób to dziś, zanim ta rozmowa pojawi się sama, przy wydruku, którego już nie da się poprawić.

Aktualizacje newslettera

Wpisz swój adres e-mail poniżej i zapisz się do naszego newslettera