Mniej zdjęć nie znaczy taniej

Pytanie pada zwykle na końcu rozmowy, kiedy wszystko inne było już ustalone. „A gdybyśmy wzięli mniej zdjęć?” Brzmi jak drobna korekta zakresu.

Nie jest.

Liczba zdjęć nie jest jednostką rozliczeniową

Cena wynika z czasu pracy na miejscu, nie z liczby kadrów w galerii. Fotografuję aktywnie przez cały ustalony czas – to się nie zmienia bez względu na to, ile zdjęć zostanie po selekcji.

Mniejsza liczba finalnych zdjęć nie jest mniejszym zakresem reportażu, jeśli czas pracy i pozostałe elementy zostają bez zmian. Płacisz za czas i obecność na miejscu, nie za sztuki w galerii.

Zamiana wygląda niewinnie, bo dotyczy liczby, a nie godzin. Właśnie dlatego pada tak często – łatwiej poprosić o mniej zdjęć niż o krótszą pracę, choć skutek finansowy miałby być ten sam.

Twardy limit potrafi wydłużyć robotę

Limit narzucony z góry, niższy niż realny plon selekcji, nie skraca pracy. Wydłuża ją. Przy każdym zdjęciu z pogranicza trzeba podjąć dodatkową decyzję: zostaje czy odpada. Bez limitu zostawałyby oba, bo oba są dobre.

Twardy limit liczby zdjęć to ograniczenie selekcji, nie ograniczenie pracy na miejscu. Traktowanie go jako powodu do rabatu mija się z tym, co faktycznie dzieje się po evencie. Klient widzi mniejszą galerię i zakłada mniejszy nakład pracy. Rzeczywistość jest odwrotna – im ostrzejszy limit, tym więcej decyzji trzeba podjąć przy każdym pojedynczym kadrze.

Ile zdjęć w ogóle wychodzi z reportażu

Widełki zależą od długości reportażu, nie od uznania. Do dwóch godzin to zwykle 45-60 zdjęć. Od dwóch do sześciu godzin – do 80. Powyżej sześciu godzin, przy dwóch częściach dnia – do 100. Wydarzenie kilkudniowe – około 100 na każdy dzień osobno.

Te widełki mają wyjątki, które je łamią. Zmierzony przypadek dał 137 zdjęć z 1,3 godziny reportażu. Inny – 105 zdjęć z 24 minut. Krótki czas nie gwarantuje krótkiej galerii. Liczy się to, ile naprawdę działo się na miejscu, nie sam zegarek.

Dlatego widełki są punktem odniesienia, a nie sztywną tabelą do odhaczenia. Klient, który zna tylko górną granicę, łatwo dochodzi do wniosku, że każda liczba poniżej niej to nadwyżka do ścięcia. Nie jest – jest wynikiem konkretnego przebiegu tego konkretnego wydarzenia.

Co zmieniać zamiast ceny

Kiedy klient chce zapłacić mniej, jest kilka rzeczy do zmiany, zanim padnie słowo „rabat”: zakres, czas pracy, termin oddania materiału, dodatki.

Realną propozycją bywa krótszy czas fotografowania, nie mniejsza galeria. Krótszy czas rzeczywiście zmniejsza pracę na miejscu – inaczej niż limit zdjęć, który tylko przesuwa pracę do etapu selekcji.

Rabat bez zmiany żadnej z tych czterech rzeczy uczy klienta jednej rzeczy. Że pierwsza cena była ceną na próbę, do negocjacji przy każdej kolejnej rozmowie.

Jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak odmowa

Nie odpowiadam sucho, że mogę zrobić mniej zdjęć, ale cena zostaje taka sama. To prawda, ale usłyszana samodzielnie brzmi jak upór.

Najpierw pokazuję, z czego wynika cena: aktywna praca przez cały ustalony czas, odpowiedzialność za pokazanie ludzi, przestrzeni i ważnych momentów wydarzenia. Dopiero potem tłumaczę, że finalna liczba zdjęć jest wynikiem przebiegu wydarzenia i selekcji, a nie jednostką do targowania.

Liczbę w rodzaju „70-80 zdjęć” traktuję jako wskazówkę co do charakteru galerii, nie jako twardy limit. Wyjątek: klient wprost mówi, że limit ma być twardy. Wtedy pytam, ile dokładnie, i liczę razem z nim, co przy takim progu odpada.

Jedno zastrzeżenie dodaję zawsze. Jeśli z selekcji wyjdzie więcej dobrych, różnorodnych ujęć niż zakładał wskaźnik, przekazuję je – nie odrzucam tylko po to, żeby zmieścić się w liczbie. Limit działa w jedną stronę, nie w obie.

Dwie różne rozmowy

Klient prawie nigdy nie chce mniej zdjęć. Chce zapłacić mniej za zlecenie.

To dwie różne rozmowy. Pierwszą prowadzi liczba zdjęć, drugą prowadzi cena – i tylko jedną z nich da się wygrać bez szkody dla własnej stawki.

Aktualizacje newslettera

Wpisz swój adres e-mail poniżej i zapisz się do naszego newslettera